Za zdrowie wędrowców na szlaku

drewniany mostek nad Kończakiem

(październik 2007)

 

Początek jesieni kojarzy mi się z nawoływaniami zagubionych w lasach zbieraczy grzybów. Wzdłuż dróg puszczańskich stoją rzędy aut, a mieszczuchy pokonują ostępy w poszukiwaniu borowików i rydzów. Panienki za wysmukłym gonią borowikiem,/ którego pieśń nazywa grzybów pułkownikiem. /Wszyscy dybią na rydza; ten wzrostem skromniejszy/i mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy”. Tyle Wieszcz w księdze III „Pana Tadeusza”. Ale nie powiem mieszczuchom, gdzie najlepsze grzyby rosną. Wolę szybko wędrować po lesie, nie patrząc pod nogi. Kupiłem aluminiowe kije wspomagające marsz. Trochę bardziej to trekking niż „nordic walking”. Najważniejsze, że to wielka przyjemność. Przypomina mi to pobyt w wojsku: lewa ręka-prawa noga i odwrotnie. Łatwiej wchodzi się na wierzchołki puszczańskich wydm, a grzybiarzy nie dziwi już widok pielgrzyma z dwoma kosturami. Gubią się jednak czasem ci poznańscy i szamotulscy grzybiarze w przepastnych krainach Puszczy. Niedawno szedłem z Chojna do Piotrowa via Tomaszewo, Mokrz, Rzecin, Jasionnę. Za Chojeńskimi Błotami wspiąłem się na pasmo wzgórz okalających Tomaszewo i fotografowałem widoczną na południu dolinę Warty. Dużo jest teraz wzgórz, na których niedawno wycięto las. Widoki stamtąd przednie, ale trzeba się niemało utrudzić, bo marsz utrudniają luźne piaski. Nagle usłyszałem gdzieś w dole nawoływanie i zauważyłem dwoje niestarych wędrowców. Byli mocno zdenerwowani i zbliżywszy się pytali o drogę na stację kolejową w Mokrzu. Przeszliśmy razem kilkaset metrów, aż udało się odnaleźć znaki zielonego szlaku (wspominałem kiedyś, że to jeden – moim zdaniem – z ciekawszych szlaków Puszczy: łączy Wartosław z Sierakowem, ale via Kobusz). Doradziłem im marsz wzdłuż znaków na wschód. Miałem pewność, że łatwo dojdą do stacji. Następnie krążyłem trochę w okolicy Tomaszowa robiąc zdjęcia odnowionej leśniczówki. Idąc tą samą drogą spotkałem ich błąkających się bezradnie niedaleko. Okazało się bowiem, że znaki szlaku zielonego w wielu miejscach od dawna nie były odnowione. Zgubiwszy szlak poszli więc w zupełnie w inną stronę. Chodziliby tak do nocy, cały czas słysząc pociągi. Ustawiliśmy się w trzyosobową tyralierę i przedzieraliśmy przez kępy jeżyn. Wreszcie znaleźliśmy ledwie widoczny znak. Poklęliśmy trochę na znakarzy z PTTK. Nierzadko znaki urywają się nagle i nie ma łączności wzrokowej z poprzednim i następnym, a tak właśnie być powinno. Jest to żelazna zasada dobrego znakowania szlaków turystycznych. Jeśli więc zagapiwszy się zgubisz szlak, cofaj się do ostatniego znaku i szukaj następnego. Czasem ludzie wpadają w panikę: a to pociąg nie czeka, a to autokar trąbi „wabiąc” zagubionych w kniejach, a tu chodzi się w kółko. Różnie bywa – najlepszemu się zdarzyć może. Gorzej, jeśli zapadnie zmrok. Ale wracam do sobotniej wyprawki. Pożegnaliśmy się z „zagubionymi” na stacji kolejowej w Mokrzu. Zamierzałem iść dalej do Rzecina szlakiem żółtym, którym chodziłem już wiele razy. Tych znaków także nie mogłem znaleźć. Wróciłem do szosy i podążałem wzdłuż niej pasem przeciwpożarowym. W Rzecinie uprosiłem właścicielkę sklepu, aby sprzedała mi (była pora sjesty) butelkę piwa. Wypiłem duszkiem za zdrowie wędrowców na wszystkich szlakach puszczańskich. Wyjaśniłem jej (dzięki, dobra kobieto, za uratowanie życia), że idę do Obrzycka. Zamierzałem przedostać się przez okolice jezior Pralniki (inaczej „Ósemka”- od klepsydrowatego kształtu i numeru „8” w ewidencji zbiorników rzeciwpożarowych) i Pokraczyn. Pierwsze jezioro znalazłem bez trudu, drugie chyba obszedłem od północy, bo znalazłem znajomy paśnik. Nie chciało mi dalej szukać jeziorka, bo się robiło późno. Szedłem teraz kierując się

słońcem i instynktem, a także prosząc Boga, abym nie zaszedł przypadkiem do Smolar. Udało się. Gdzieś tam od północy pojawiła mi się na horyzoncie wieża (czyżby nowa wieża przeciwpożarowa?), gdzie indziej natrafiłem na resztki wsi Bielawy. Szosę Wronki – Ciszkowo przekroczyłem opodal charakterystycznego skrzyżowania koło Jasiony. Idąc potem przez łąki, pola i młodniki obszedłem całą Jasionnę od wschodu. Zamierzałem dojść do rzeki Smolniczki w miejscu zwanym Wilczak, o którym nie raz wspominałem. Nie mogłem jednak znaleźć charakterystycznej polany na północnym brzegu rzeki. Przeprawiłem się więc przez Smolniczkę w innym miejscu. Było trochę błota po obu stronach, ale dolina niezbyt szeroka. Rzeka czysta i głęboka (miesiąc temu płynęła całym korytem – obecnie prawie wyschła). Zrobiłem z gałęzi niewielką tamę w celu spiętrzenia wody i położyłem się na dnie. Urządziłem sobie krótkotrwałą kurację wodną, takie puszczańskie SPA. (Teraz już nie wiem, czy słowo pochodzi o łacińskiego „sanus per aqua”, czy od modnych w czasach Wokulskiego wyjazdów do belgijskiego Spa, czyli do wód). Kąpiel w Smolniczce była rajem po całodziennym mieszaniu potu z kurzem. Do Piotrowa doszedłem drogą, której oczywiście nadłożyłem, bo mi się młodniki „zestarzały” i niektórych miejsc nie mogłem poznać. Robiło się już szaro, kiedy zauważyłem samochód dowożący kolację dla psa czuwającego przy zagonie ziemniaków. Pies chyba mnie poznał, bo nie szczekał. Wiedziałem, że za wzgórzem pojawi się niebawem wieża telefonii komórkowej, budynek szkoły i ruchliwa szosa. Dalsza droga prowadziła sławnym chodnikiem, gdzie spotykałem co chwilę znajomych, z którymi wymienialiśmy ukłony.

Marek Musiał

Reklamy

Informacje o mus

puszcza notecka z nami od dziecka
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Za zdrowie wędrowców na szlaku

  1. wojtas266 pisze:

    hej Tata,mozesz podac dokladniejszy adres tego SPA?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s